|
Archiwum
Ostatnie wpisy
|
czwartek, 05 kwietnia 2012
3 filmy z przyszłości. Dzieją się dziś
Dla jednych imponujące, dla innych przerażające. Spodziewaliście się, że to już? 1. Google Glass, czyli cyberokulary. Ha, a wyobraźcie sobie teraz tu reklamy.
2. Auto, które nie potrzebuje kierowcy, to oczywiście nie news, ale oglądam zawsze z przyjemnością. I tak gdzieś po cichu licząc na to, że car-sharing w dużych miastach się przyjmie. Brzmi to może dziś dziwnie, ale o ile można by zmniejszyć liczbę aut, gdyby im programować kalendarze (o godz. 9:00 odbierasz z ulicy X panią A, przewozisz do Y, o 10:15 itp. itd.). 3. I latający samochód (lub może bardziej: przystosowany do jazdy po drogach wiropłat)
niedziela, 26 lutego 2012
Pudelek, rząd dusz, Gazeta Wyborcza
Trochę wokół #Pudelek_vs_GW przycichło. I dobrze, bo na spokojnie mogę Wam teraz kilka rzeczy do przemyśleń podrzucić. 1. Historia I wciąż weekend trwał (tempo debaty w nowych mediach nie jest dla slow bears!), gdy Radek Zaleski "na smutno" tę sytuację i rozdźwięk w dyskusji (dyskusji?) podsumował. 2. Przekręt Co pisał Pudelek w pierwszym tekście? Wzorem doświadczonych publicystów zawłaszczał terytorium: #Napiszmy więc to, o czym nikt nie mówi głośno #W jakim kraju żyjemy, jak żałosne media w nim mamy, że wśród nich wszystkich taki tekst musiał napisać internetowy portal z pudelkiem w logo? Potem też pisał, że problem w tym, że to Pudel napisał coś, czego GW się nie odważyła. Mocne słowa, zapamiętajcie je. Macie? Pora na cytaty. 3. Konfrontacja CYTAT #1. Droga pani kierowniczko i drogi panie kierowniku, fakt, że wasz pracownik na śmieciowej umowie nie rzucił wam się do gardła, może wynikać z prostej przyczyny: codziennie po powrocie do domu odpala sobie w internecie ulubiony serial Pudelek? Nie. Pudelek delikatnie ten fragment sparafrazował, pisząc:
CYTAT #2 Bo chyba nie sądziliście, że zarabiającego 2 tysiące brutto stać na dekoder HBO? Pudelek? Blisko, ale znowu nie. Pudelek rozwodził się nad zarobkami Marcina Mellera, pytając:
CYTAT #3 Wiele prac doktorskich na nadwiślańskich uniwersytetach nie powstałoby bez darmowego i nielegalnego internetowego dostępu do najnowszych książek naukowych. OK. Starczy. CYTAT #1, #2 i #3 pochodzą z... "Gazety Wyborczej". Z opinii Michała Danielewskiego, dziennikarza "Gazety Wyborczej". Artykuł "ACTA jak wystrzał z Aurory" opublikowany został 27 stycznia, mniej więcej wtedy gdy Pudel zamiast manifestów, komentował ACTA Maćkiem z Klanu. W tym tekście mojego redakcyjnego kolegi jest więcej takich myśli, ot choćby i taka, że "prowadzona na serio walka z łamaniem praw autorskich skokowo pogorszyłaby jakość życia dużej części protestujących". Ale... całkiem to zabawne, nie sądzicie? Mając tekst o tezach podobnych jak Pudelka, i mając go o ponad dwa tygodnie wcześniej daliśmy się (jako GW) strollować w internecie. Adam Leszczyński, który o wszelkich wymiarach biedy (i to nie tylko tej zdefiniowanej przez Pudelka, a znacznie gorszej) pisze od lat, stał się nagle wrogiem tłumów. I choć chciał tylko przytrzeć nosa hipokryzji Pudelka, w efekcie stał się - jak polityk - dziennikarzem odklejonym od rzeczywistości. Odklejonym... To już nie będę przynudzał "Gazetą" - w maju 2011 r. Adam Leszczyński w internetowym "Guardianie" pisał "It's a bad time to be young and Polish" "Despite this, the future for most young Poles is far from bright – the nation that paid a lot to educate them, does not need them on the job market, and has no idea what to do with them" "Those who manage to get a job are equally frustrated – they feel they are working below their qualifications, often in "McJobs" with no career path, and very often have to earn a large part of their salary unofficially to avoid taxes" I właśnie Adam wdał się w "pyskówkę" z medium żyjącym z plotek. I świetnie grającym na emocjach. Nie miał prawa tego wygrać. 4. Wnioski? Stare media tracą zasięg. Nie angażują emocjonalnie tak jak kiedyś. W tej konfrontacji rozgrzany Pudelek wypada znacznie lepiej. Dlaczego nie zagrał powyższy tekst Michała Danielewskiego o wystrzale z Aurory? Wbrew pozorom nikt go nie chował. Stał nawet na tzw. MT portalu [to ten największy boks na Gazeta.pl]. Nie trafił w czas? Czy to przez to, że w tekście znalazło się słowo "kradzież"? Nie kupuję tego argumentu wprost, ale i Pudelek, zauważcie, nawet nie sięga do tezy o dozwolonym użytku, tylko pisze "(...)to pytanie sprowadza się właśnie do tego: Na ile filmów i płyt byłoby ich legalnie stać?". Nie wiem. Ciekawe. Gdy w jednej dyskusji na Google+ utoczyłem nieco jadu na Pudelka, Michał Brański, który Pudelka stworzył, wypieścił i wychuchał, zripostował:
Czy "merytoryczne" ma mały zasięg? Jak diabli mały. Nie przypadkiem w niedzielę tekst (hmmm, tekst?) "Doda lubi pokazywać majtki" tak się dobrze klikał. Brański trafił więc w punkt. Dla mnie to rzecz jasna komplement, ale rzeczywiście stare media w nowej rzeczywistości tracą zasięg. Nie angażują emocjonalnie tak jak kiedyś. W tej konfrontacji rozgrzany Pudelek wypada znacznie lepiej. Tak, powtarzam się. Powtarzam, by powiedzieć, że gazety doskonale wiedzą, jak świetnie sprzedają się zerojedynkowe artykuły. Wie to wydawca "Uważam Rze", po "Gazetę" ludzie sięgali chętnie, gdy rządził PiS. Ale czy tak jest lepiej? Czy lepiej być nudziarzem, który przytuli do druku tak zwolenników jak i przeciwników ACTA (tych ostatnich to nawet jakby znacznie, znacznie serdeczniej)? Nie mam przemyślanej puenty w tej notce. Gdy zaczynałem ją pisać, wydawało mi się, że ją mam. Cóż, może przynajmniej zostanie dla znajomych. Albo jako link do wklejania przy jakimś kolejnym trollingu w sieci (będzie łatwiej niż to wszystko opisywać w komentarzach). Nie mam przemyślanej puenty.
Fotografia: Tadeusz Późniak (Polityka)
środa, 22 lutego 2012
Nie_na_temat.pl, czyli #facepalm w 60 sekund
Tak naprawdę wystarczyło się tak nie napinać. Uruchomić serwis informacyjno-blogowy bez używania tylu pięknych i tak wielkich słów. Nie przekonywać (jak Tomasz Lis), że Będziemy zdobywać reklamodawców niekoniecznie ilością unikatowych odsłon, ale jakością i rzetelnością informacji.Albo zapowiadać (jak Tomasz Machała, redaktor naczelny serwisu): Stawiamy na poszerzoną informację. Nie będziemy przepisywać z PAPu. Jeśli nie będziemy mieli własnych informacji na temat informacji, to nie będziemy jej publikować w ogóle Mocne i odważne słowa. Ambitne. Reality check? 1. Parówkowe dziennikarstwo Ten epicki tekst ”3 miliony zaspokojonych podniebień-parówki z Orlenu spożywczym hitem” trudno będzie pobić. Redaktorzy postanowili go zamieścić w dziale ”kultura i styl”. Próbki stylu: A po chwili podskakujesz z ekscytacji na sygnał szeleszczącej, biało-czerwonej bibułki, do której wkładana jest parująca bułka. Tyle emocji serwujesz sobie za parę dwuzłotowych monet. Bez grosza.Jakiż ból można wyczytać z zamroczonych oczu, kiedy okazuje się, że maszyna do podgrzewania bułek ostudziła już swoje metalowe części, a na parówkowym grillu nie pozostała ani jedna sztuka...I zabójcza puenta. A więc parówki w świątek, w piątek! I Środę Popielcową, która wszystkich wierzących między 18. a 60. rokiem życia zobowiązuje do powstrzymania się od spożywania mięsa. Nawet tego zawartego w wyrobie mięsopoodbnym. Trzymamy więc kciuki, by ksiądz, pochylając się nad posypanymi popiołem głowami, nie wyczuł zapachu czosnkowego sosu, którym oblana była przekąska o smaku kebaba.Gdy przestałem śpiewać ”Pooolska, biało-czerwoni” i podskakiwać z ekscytacji, posmutniałem. Najlepszym komentarzem co do jakości serwisu Lisa (wielokrotny Dziennikarz Roku, przypomnę) wydaje mi się fakt, że to właśnie z powodu parówek musiał z interwencją pospieszyć sam naczelny. Wiemy już, co było inspiracją tekstu, wiemy, że Tomasz Machała nie je już prawie wcale mięsa (co nie znaczy, że nie je parówek!). Nie wiemy, jak to się stało, że tekst ujrzał światło dzienne. A tak nawiasem mówiąc, prawo kanoniczne przewiduje, że przy wyjątkowo długich podróżach, od postu odstąpić katolik może. Kojarzy się to Wam jakoś ze stacjami benzynowymi? [whooopsi, ponoć się rozpędziłem, bo te wyjątki nie dotyczą Środy Popielcowej - to post ścisły. Pardon. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko to, że zawsze byłem tym "złym katolikiem" oraz że zawsze wierzyłem, że ryba w piątek to efekt jakiegoś lobbingu] 2. Własne informacje o informacji Tomasz Machała obiecywał, że nie będą informacji publikować w ogóle, jeśli na temat tej informacji nie będą mieli własnych informacji. To tylko z pozoru skomplikowane. W polskiej szkole dziennikarstwa kiedyś pojawiła się taka procedura: biorę tekst (np. z gazety), dzwonię do tych samych osób, które zostały wymienione w artykule, czasem może coś dodam. I bam, opublikuję własny. I widzę, że w tym temacie NaTemat.pl pielęgnuje tradycję (jednak nic nowego?). Mamy np. artykuł ”Wyborcy Kaczyńskiego polubili Komorowskiego” To generalnie nic więcej jak omówienie tekstu z GW. Nie ma żadnej poszerzonej informacji. Ba, nawet nie ma linka do oryginalnego tekstu (wiem, wiem, celebrujecie blogerów). A może po prostu ten CMS, który stworzyli ”prawdziwi artyści z miasta artystów” nie przewiduje linkowania do starych mediów? Zresztą, z Gazetą Wyborczą to pół biedy. Oto NaTemat.pl ma też własne informacje na temat skomplikowanych układów w L'orealu. Pech, internauci zauważyli, że taki artykuł napisał też „Guardian”. Tylko wcześniej. Redakcja ”poszerzona informacja, tylko własne informacje” zapomniała o tym poinformować. 3. Drobiażdżek (na blogu) Zuckerberg stał się Zuckermannem 4. Tytuły - nie kłamiemy! O tych tytułach to już słyszeliśmy w listopadzie zeszłego roku na forum IAB, gdy Tomasz Lis po raz pierwszy prezentował projekt. No to mamy tytuł: Inwigilacja internetu przez dostawców. Oto plany ministerstwa cyfryzacji Pal licho, że MAC takich planów nie ma. Niewiele się jednak sensownego z tekstu dowiecie, mimo że widać, że reporter się starał i dzwonił. 5. Mamy też aktualne informacje Drugim hitem Facebooka jest tekst o „Wiedźminie”. Te fragmenty o grach CD Projekt RED jeszcze ujdą. Niestety, potem mamy pomylone liczby o najlepiej sprzedających się grach na świecie (check this). Nie ma w ogóle wspomnianego największego hitu z polskiego studia, czyli „Dead Island” (ponad 3 mln egz sprzedanych). Jest za to dość frapująca informacja: W kolejce do podboju rynków zagranicznych czekają też inne polskie produkcje. Gra "Sniper: Ghost Warrior", którą tworzy firma City Interactive ma być wydana w 500 tysięcy egzemplarzach, z czego 90% trafi do Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej.Co z nią nie tak? Ta gra już została wydana. W czerwcu 2010 r. I nawet przekroczyła 2 mln sprzedanych egzemplarzy. Wait, co to za błąd, dziennikarz nie dopisał 2? Zaskakujące jednak jest to, jak bardzo ten fragment pokrywa się z pewnym newsem z ... 2010 r. Inną polską produkcją, którą twórcy chcą się podzielić z graczami za oceanem jest gra Sniper: Ghost Warrior, tworzona przez City Interactive. Twórcy planują wypuszczenie na rynek 500 tysięcy egzemplarzy. Prezes firmy - Marek Tymiński oświadczył, że 90% egzemplarzy trafi prawdopodobnie do Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej. Mimo wszystko, powodzenia. Po kłamliwych tytułach na portalach i zabójczych fotogaleriach, jest szansa, że dołożycie cegiełkę do tego, by za treści w internecie ktoś płacił. Dobra, dobra. Szydzę. Przepraszam. Sam popełniałem błędy i nadal je popełniam. Ale plizzz, bez tego patosu. No i płacicie za zdjęcia Agencji Gazeta (np. zdjęcie parówek podpisane „główny sprawca zamieszania”), tym bardziej powodzenia. No i macie tam kilka ciekawych tekstów. Do-it-better. Wersja TL'DR - good luck! PS. Nie, to jednak musi być jakiś wyrafinowany trolling. Ze wstępniaka Tomasza Lisa: "Aha. Startujemy 22.02.2012. Intryguje mnie ta mnogość dwójek. Jak ją tłumaczyć, bo przyznaję bez bicia, że jestem przesądny? Wiem! Sumujemy wszystkie liczby w tej dacie. Co nam wychodzi? 11. Oczko! Szczęście! No to alleluja i do przodu!" #Same asy.
poniedziałek, 20 lutego 2012
Polskie fakty, polska ACTA
Nie byłoby tej notki gdyby nie Facebook (thx), Marcin Zaremba i dwa wpisy na PolskieFakty.pl I nie zajmowałbym się tym, co wypisują te ostatnie, gdyby nie linkował tego na Facebooku właśnie Marcin. Marcin jest łebskim gościem (jeśli zerkniecie do jego bloga, znajdziecie kilka ciekawych spostrzeżeń). Tym bardziej zmartwiło mnie to, że te #polskiefakty bierze jakby na serio. Jak wejdziecie na te ostatnie, znajdziecie taki oto obrazek
I dwa teksty: ACTA w Polsce. Wielka prasa ściemnia? oraz Kto poparł ACTA? Sprawdź listę wydawców (kategoria: wydarzenie dnia) W skrócie: prasa ściemnia, nawet gdy popiera protestujących, bo stanowisko Izby Wydawców Prasy z 23 stycznia 2012 r. było jednoznaczne: w pełni popieramy ACTA. Chór: Uuuuuuuu, mamy Cię, wredny, obłudny dziennikarzu Oh wait. Powstrzymajcie ogiera! Oto, co z tym obrazkiem jest nie tak. 1. Polskie Fakty piszą, że: O tym fakcie [stanowisku IWP - dopisek mój] wydawcy ani na łamach swoich gazet ani na portalach oczywiście nie poinformowali. No ba, oczywiście nie poinformowali. Rzadki to jednak przypadek, by wydawcy poświęcali łamy, by przekonywać do swoich interesów i publikować komunikaty i stanowiska. To nasza praca, dziennikarzy. I o tym, że Izba Wydawców Prasy ma takie stanowisko, informowaliśmy na czołówce „Gazety Wyborczej” 25 stycznia w tekście „Rośnie gniew na ACTA”. A także na „łamach portalu” Wyborcza.pl i Wyborcza.biz Czekajcie, chyba rozumiem. Przyzwyczajeni do relacji bloger-reklamodawca, nie rozumiecie relacji wydawca-redakcja/dziennikarz. I jak sami na coś narzekacie, to jest ok, ale gdy to robi ktoś inny, czujecie „lekki niesmak”. Tu macie rację, z teoriami spiskowymi nie wygramy. Za te teksty powinny nas akcjonariusze chyba rozstrzelać, działalność na szkodę spółki giełdowej, nie w kij dmuchał! No chyba że te artykuły są po myśli wydawców, trudno Was wyczuć. 2. PolskieFakty świetnie to rozgryzły, przypisują wydawcom strategię grania na dwa fronty. Oto wydawcy ”walczą o ratyfikowanie umowy, by w przyszłości małych konkurentów niszczyć”, a z drugiej strony - popierają „piórem własnych dziennikarzy protesty polskiej młodzieży”. Tu nadal widać niezrozumienie rozdziału wydawca/redakcja. No ale mam słabe argumenty. Nikt mnie w sprawie ACTA nie naciskał, nie szantażował, nie wywierał presji (nawiasem mówiąc najbliżej tej definicji byłby Lipszyc). Choć nie, rzeczywiście, pamiętam jak kiedyś redaktor wywierał presję. Deadline o kilka minut przekroczyłem. 3. Tu najnudniejszy argument, wyłącznie dla wyrobionego, branżowego czytelnika. Ale - patrzcie mi uważnie na klawiaturę - abstrahując od sprawy ACTA, to nie jest zawsze tak, że stanowisko Izby Wydawców Prasy=stanowiska poszczególnych wydawców. W innych izbach branżowych jest podobnie. Jesteście w stanie to pojąć? Widzę, że Was nie przekonałem. Zresztą Marcin twierdzi, że trzeba było dać link obok tekstów do stanowiska Izby Wydawców Prasy. Bo wtedy to by było szczere wobec czytelników. Zresztą, PolskieFakty też mi to (i innym dziennikarzom) zarzucają. „Niestety żaden z autorów tekstów nie przyznał się, że zatrudnia Go wydawca, który umowę popiera, wręcz zabiega, by ta jak najszybciej była ratyfikowana i weszła w życie. Wynika to jasno i bezdyskusyjnie ze stanowiska zarządu Izby Wydawców Prasy, która zrzesza większość największych wydawców w Polsce”. Skoro jasno i bezdyskusyjnie to... przepraszam Was czytelnicy. Biję się w piersi, bo nie przyznałem, że zatrudnia mnie wydawca, który umowę... Chwila. Znacie IAB Polska? Taki Związek Pracodawców Branży Internetowej? IAB - w odróżnieniu od Izby Wydawców Prasy - brało udział w tzw. konsultacjach ACTA. I też, już w czerwcu 2010 r., wydało stanowisko. Nie, nie ma tam manifestu w stylu Pudelka. Są nudne zwroty „wpłynie negatywnie”, „stoi w sprzeczności”. We władzach jest Agora, jest Onet, Interia.pl, Wirtualna Polska... Członkowie IAB? Agora, Axel Springer, Polskapresse, Gruner+Jahr... PS. Przyzwyczaiłem się w ostatnich tygodniach, że niektóre odłamy ruchu Stop-ACTA mają problem z dotarciem do informacji. Z tym większym żalem czytam „My, Dzieci Sieci”, płomienny manifest Piotra Czerskiego, poety, pisarza, magistra informatyki, człowieka od usability (sprawdzić, czy nie ma związku z USA) i o skomplikowanym formularzu PIT.
Idzie nowe. Nie zawiedźcie. PS 2. Jak to mawia Krzysztof Gonciarz? Boomcykytsyputuagpgffff?
piątek, 10 lutego 2012
Nokaut przed IPO: kto tu z kogo robi jaja?
Zawsze byłem zdania, że Polacy nie gęsi i kompleksów wobec zagranicznych koncernów mieć nie należy. Ale to, co w prospekcie emisyjnym wpisała grupa Nokaut, właściciel porównywarki cenowej o tej samej nazwie, zasługuję na osobną notkę. W prospekcie od razu przechodzimy do najciekawszego rozdziału, czyli czynników ryzyka. Prawdziwa perła - sądzę, że śmiało można uznać, że to perła IPO ostatnich lat - kryje się na stronie 24, punkt Ryzyko związane ze spadkiem liczby użytkowników To ryzyko ma jedno imię - Google. Ruch w Nokaut.pl jest od wyszukiwarki uzależniony, o tym jak bardzo, świadczy fragment, w którym porównywarka przyznaje, że z Google przychodzi ”ponad 3/4 użytkowników”. Czyli - według danych Megapanel PBI/Gemius - w listopadzie Google napędził Nokautowi przynajmniej 2,1 mln użytkowników. Potem kilka zdań, jak to Nokaut stara się podkreślić, że szuka różnych dróg, by ten związek z Google nieco rozluźnić. Nuda. Prawdziwie epickie zdania znajdują się na końcu.
Przetłumaczyć? Tak, może się tak zdarzyć, że jeśli Google zmieni coś w mechanizmie pozycjonowania stron internetowych, to mocno to odczujemy. Słyszeliście pewnie coś o nieetycznych metodach pozycjonowania? My też. Czytałem te zdania z prospektu kilka razy. W te i we w te. I nie mogłem uwierzyć, że firma - przypomnijmy, w prospekcie emisyjnym przed debiutem na GPW - robi sobie takie jaja. Nie wiem, czy znajdzie inwestor, który na trzeźwo kupi bajkę o tym, że Google, który w ostatnim kwartale miał 8,1 mld dol. przychodów, ZAUWAŻY jakikolwiek spadek przychodów związany z Nokautem, włącznie z zamknięciem serwisu. Google bajki nie kupił. Jak w styczniu przyrżnął w serwisy korzystające z systemów wymiany linków, nakładając im karny filtr, tak Nokaut nakrył się nogami i przepadł gdzieś w okolicę 4-5 strony wyników. I potulnie położył uszy po sobie. Znaj proporcją mocium panie. ***[DOPISEK] - zauważyłem po komentarzach (i tu i ówdzie), że nieco inaczej rozumieją Państwo ten wpis. Uwaga, to NIE JEST analiza modelu biznesowego Nokaut. To nie jest też tak, że Nokaut na karnym filtrze straci 3/4 ruchu, bo ruch z Google oznacza też ruch z reklam Google AdWords. A te, rzecz jasna, się pokazują. Ten wpis powstał, bo niewątpliwie mniejszy ruch w serwisie Nokaut oznacza mniejsze przychody Google'a. Ale zestawienie tego w jednym zdaniu w prospekcie emisyjnym na GPW, OMG i #facepalm.
Wykres podpisano ”Mamy już potencjał do bycia liderem”. Tyle, że wykres sumuje po prostu liczbę real users tych 3 serwisów. Nie uwzględnia on jednej istotnej rzeczy - współoglądalności. Policzyłem ją. W listopadzie 2011 r. współoglądalność Nokaut.pl i Skąpiec.pl wyniosła 991,2 tys. RU. Potencjał faktycznie jest. PS. Gdy kleciłem tę notkę, w piątek spółka wysłała komunikat sugerujący, co można zrobić z wygraną w Lotto. W 24h zebrali milion dolarów na grę. Od graczy
Gdzieś jako odprysk zamieszania wokół ACTA, wrócił temat finansowania produkcji zaliczanych do dóbr kultury. Założyli, że przez nieco ponad miesiąc muszą zebrać 400 tys. dol. To był pułap, od którego opłacało się zrobić grę. Cel osiągnięto w ciągu 8 godzin. W ciągu doby od zgłoszenia projektu w serwisie Kickstarter.com, na koncie mieli już ponad MILION dolarów. Projekt powstania "Double Fine Adventure" wsparło finansowo ponad 27 tys. osób.
Co mają z tego "sponsorzy", a właściwie neomecenat?
To tyle, co opisano na Kickstaterze, na stronie twórców Double Fine te pułapy jeszcze idą w górę wraz z dodatkowymi atrakcjami. [np. za 30 tys. dolarów można dostać zdjęcie, na którym Ron Gilbert, jeden z głównych twórców gry, się uśmiecha, za 50 tys. - zostać postacią w grze] Dlaczego w ten sposób, a nie przez tradycyjnego wydawcę? Bo twórcy - akurat tym razem - chcieli mieć wolną rękę i nie kalkulować. Jak sami piszą: "Duże gry kosztują dużo pieniędzy. Nawet coś tak "prostego" jak Xbox LIVE Arcade może kosztować dwa czy trzy miliony dolarów. Gry wydawane na płyty mają przynajmniej dziesięciokrotnie wyższe budżety. By sfinansować produkcję, promocję i dystrybucję, spółki takie jak Double Fine muszą opierać się na zewnętrznych źródłach jak wydawcy, firmy inwestycyjne czy na pożyczkach. I choć te źródła [głównie chodzi o wydawców] spełniają ważną rolę w tym procesie, ich zaangażowanie wiąże się z określonymi ograniczeniami, które mogą skierować grę na złe tory lub w ogóle uniemożliwić jej powstanie". No właśnie, twórcy. W tym przypadku też są istotni, bo to nie debiutanci stoją za projektem. Tim Schafer ma już wieloletni staż w branży, stał za takimi grami jak Day of the Tentacle, Full Throttle, czy Grim Fandango. W 2000 r. założył w San Francisco studio Double Fine, z którego wyszły kolejne gry. Pomysł na ten szalony projekt podrzucił Markus Persson, znany szerzej jako "Notch" i twórca bardzo popularnej - także w Polsce - gry Minecraft (jedno z najczęściej wyszukiwanych haseł w Google w zeszłym roku). O tym warto wspomnieć, by analizować ten niesamowity sukces - milion w dobę - twórców gry, która dopiero powstanie. To są ludzie, których gracze znają i do których mają - przynajmniej te kilkadziesiąt tysięcy osób - zaufanie. Czy rodzi się nowy model? On już się rozrasta, Double Fine jest kolejnym, ale spektakularnym i medialnym przykładem. Głównie ze względu na tempo. WAŻNE Dlaczego "Double Fine" powinien się zainteresować polski rząd? Bo prawo mamy tak skonstruowane, że MSW potrafi się do takiego crowdfundingu - przepraszam za wyrażenie - przypieprzyć. I próbować skazać za zbiórkę pieniędzy (więcej przeczytacie u Vagli). Skoro - jak zakładam - sukces Double Fine na Kickstarterze ośmieli innych do takich prób pozyskania funduszy na stworzenie kolejnej porcji kultury, a my będziemy mieć przepisy grożące skazaniem za taką zbiórkę, rząd da przedsiębiorcom kolejny, czytelny sygnał: jedźcie do ciepłych krajów. Tak tylko zauważę, że z powodów m.in. podatkowych GOG.com, świetny, bo globalny serwis CD Projekt Red jest spółką cypryjską. Ale nie tylko na podatki się patrzy, prawda?
poniedziałek, 06 lutego 2012
A co ta ACTA w Polsce zmienia?
Był taki czas, gdy na Facebooku i Google+ i forach zadawano krytykom ACTA pytanie: ”czy czytałeś ACTA?” Potem pojawiło inne, też ważne pytanie. Dużo trudniejsze. Czy Ci, co czytali ACTA, czytali je w odniesieniu do JUŻ obowiązującego w Polsce prawa. Do tematu odnosiłem się już we wpisie „Bez wysłuchania drugiej strony” - tak, mamy takie zapisy już w kilku miejscach. Tutaj polecę dwie analizy. Każdy, kto RZECZYWIŚCIE interesuje się ACTA, powinien je przeczytać. Analiza rządowa (w formacie .doc) oraz Analiza kancelarii Bird&Bird, na zlecenie Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji (format .pdf) Jeśli ktoś ma syndrom TLD'R, polecam podsumowanie na ostatniej stronie materiału Bird&Bird. PS. Oczywiście, inny problem z ACTA to - posługując się memem Jarosława Lipszyca - zabetonowanie systemu praw autorskich. Jest taka groźba.
piątek, 03 lutego 2012
ACTA: kiedy negatyw zmienia się w pozytyw
Nie wiem jak zinterpretować wysiłki ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego, by przybliżyć społeczeństwu skomplikowaną naturę ACTA. Otóż, jak już pamiętamy, polski rząd nie musiał przeprowadzać konsultacji w tej sprawie, ale jednak je przeprowadził, nazywając konsultacje z beneficjentami ACTA "społecznymi". Ok. Rozumiem, że to po prostu jakiś problem organizacyjny przytrafił się w ministerstwie, by do listy 27 podmiotów dodać - ot, choćby dla przyzwoitości - organizacje, które od 2009 r. starały się czegoś ws ACTA dowiedzieć. I które spotykały się regularnie ze stroną rządową w ramach grupy Dialog. No, ale nic to. Im dalej w ACTA, tym ciekawiej. Ja tam o świecie wiem niewiele, ale na mój chłopski rozum, to ktoś oskarżany o brak przejrzystości powinien zacząć posługiwać się komunikacyjnym skalpelem. Jasno, precyzyjnie i na temat. I tak niedawno trafiłem na wywiad z ministrem: Podkreślam, że już wcześniej próbowaliśmy pozyskać różnego rodzaju opinie ws. ACTA. Wszystkie, do tej pory, były pozytywne. Do momentu styczniowego protestu nie otrzymałem żadnego sygnału, że dokument jest kontrowersyjny, choćby w najmniejszym stopniu.Wszystkie, do tej pory, były pozytywne. Wszystkie, do tej pory... Wszystkie pozytywne. Żadnego sygnału. Żadnego. Hmmm. Podobno jak się wiele razy coś powtórzy, to staje się to prawdą. Mam z tym jednak kłopot. Bo przecież 18 maja 2011 r. odbyło się spotkanie premiera, podsekretarza stanu Michała Boniego z organizacjami pozarządowymi. Proszę zacząć oglądanie od 50:00, mówi prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Odnosi się do celów ACTA pozytywnie, ale podnosi wątpliwości. Rozumiem jednak, że ani premier, ani minister Boni uwag nie przekazał ministrowi Zdrojewskiemu. Czyli mamy jasność: wiceminister kultury z ministrem kultury też nie rozmawia. Ale to jeszcze nie koniec. Przypomnę, "wszystkie opinie były pozytywne" No to mamy konferencję obu ministrów Boniego i Zdrojewskiego. Poniedziałek, zaraz po weekendowych atakach na strony rządowe. Proszę od razu przewinąć dokładnie do 8:00 Co mówi minister "wszystkie uwagi pozytywne" Zdrojewski? Jedyne, co przyszło mi do głowy, to to, że tę negatywną opinię po prostu zwinęli hakerzy, stąd już o niej minister nie wspomina. Zaciekawiony obywatel - jak ten negatyw zmienił się w pozytyw - na pewno uda się na stronę internetową MKiDN. Jest tam ładna chmura tagów jest i ACTA. O, i można kliknąć ”Na skróty” Wchodzę. Treść ACTA (po naszemu i angielsku), różne tam uzasadnienia, uchwały etc. Szukam tych opinii. O, chyba mam. Są stanowiska w sprawie ACTA. Przeklikałem, rzeczywiście wszystkie pozytywne. Ale to nie są opinie z konsultacji. Tylko stanowiska ze stycznia, popierające decyzję o podpisaniu ACTA przez polski rząd. Dlaczego nie ma w tym miejscu zamieszczonych opinii? MEMORANDUM Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji [PIIT] w sprawie stanowiska Polski wobec ACTA Przekazane resortowi gospodarki, a także ministerstwu kultury. Nie wiem co myśleć. Może lepiej nawet nie zaczynać.
czwartek, 02 lutego 2012
Zuckerberg - w Top 10 najbogatszych ludzi świata
To całkiem prawdopodobny scenariusz. Facebook złożył właśnie S-1, pierwszy dokument do SEC przed wiosennym debiutem na giełdzie. W 2011 wyglądało to tak:
Wymowne jest towarzystwo, w jakim się znajdzie. Slim - magnat telekomów, Gates, Buffett - wiadomo. Arnault i Ortega - giganci luksusowych marek, w tym odzieżowych, Ellison - Oracle, Mittal - potentat stali. I w końcu imperium Batisty: górnictwo, budowa statków, logistyka, turystyka itp. I właśnie w tym gronie znajdzie się gość, który pół miliarda dolarów ma z wirtualnych nasion i traktorów oraz trzy miliardy dolarów z reklam. Ot, potęga nowej ekonomii. W drugim wariancie, przy wycenie 75 mld dol., akcje Zuckerberga byłyby warte* 21,3 mld dol., co dałoby mu miejsce 20. * - oczywiście to uproszczenie, akcje są uprzywilejowane, więc ich cena byłaby na rynku wyższa
środa, 01 lutego 2012
Facebook na giełdzie, a Assholes Online
Prawdopodobnie dziś Facebook złoży prospekt emisyjny. Mówi się, że chce pozyskać 5-10 mld dol. Niezależnie od wyceny, wejścia Facebooka na giełdę spowoduje przypływ nowych milionerów w Dolinie Krzemowej.
Ten cytat przypomniał mi inną historię (a do historii lubię wracać). >> W AOL pilotów z własnym samolotem było na pęczki. Na pustynnej drodze tuż obok kampusu AOL kurz wzbijały ścigające się ferrari z audi A4.
Gdy w Wirginii wyrastało pokolenie młodych agresywnych wilczków, w Time Warner kuszono atrakcyjnym planem emerytalnym. W Time Warner na nowych współpracowników patrzono niczym na barbarzyńców. Szokujący był zwłaszcza styl negocjacji AOL z partnerami: najpierw dopinano szczegóły umowy, by się z nich wycofać tuż przed finalnym podpisem i stawiać nowe warunki. - Jeśli zgodzili się w negocjacjach na dolara, oznaczało to, że za chwilę zażądają dwóch - mówiono z pogardą w Time Warner. AOL, wykorzystując swoją popularność, stał się prawdziwym wyciskaczem dotcomów. Menedżerowie wyczuli, że dla młodych spółek internetowych reklama na stronach AOL to bilet do wiarygodności. (...) Aby wyciągnąć jak najwięcej, z każdej branży wybierano dwie duże firmy i ruszała licytacja. W prezentacjach często - niby przypadkowo - pojawiał się slajd z logo konkurenta, by wytworzyć wrażenie, że z nim negocjacje są na podobnym etapie. Negocjacje przeciągano tygodniami, by nagle położyć umowę gotową do podpisania. Koniecznie w ciągu doby. Prezesom kazano czekać na spotkanie po kilka godzin. (...) - Panowało ogólnie poczucie, że Jerry sprzedaje nas, ludzi z zyskownymi biznesami, dzieciakom z Wirginii. Bandzie aroganckich smarkaczy. Assholes Online - mówili w koncernie. << Choć wielu porównuje ostatnie IPO internetowych firm do bańki sprzed dziesięciu lat, mamy inne czasy. |