|
Archiwum
Ostatnie wpisy
|
Wpisy z tagiem: google
wtorek, 02 sierpnia 2011
Kto z kogo kopiuje, czyli kazania ze Skobla Góry
Przy okazji zbierania materiałów do tekstu o przymiarkach Yandeksu do polskiego rynku (dziś w Gazecie Wyborczej), trafiła mi się luźno związana z tematem ciekawostka pt. "Czy znani blogerzy technologiczno-internetowi z USA widzą coś poza narodowym pępkiem". Dotyczy Roberta Scoble'a, prowadzącego blog Scobleizer. Jeszcze kiedy był tzw. ewangelistą w Microsofcie (obecnie Rackspace), The Economist pisał o nim tak: He has become a minor celebrity among geeks worldwide, who read his blog religiously. Pod koniec 2010 r. Scoble zabrał na Quorze głos w dyskusji: "Why does Facebook get so much more hype than Tencent, when Tencent is bigger in terms of market cap, usage, and reach?" Pisząc:
Jak to z kazaniami amerykańskocentrycznymi bywa, tym gorzej dla faktów. Pół roku po tym, jak Scoble obwieścił to na Quorze, "Yandex-never hear" zadebiutował na Nasdaqu, przynosząc właścicielom wyszukiwarki ok. 1,3 mld dol. Klasyczna reakcja inwestorów: never hear, zapłacić z nadwyżką. Co do klonów, kilka faktów:
Innymi słowy, poziom publicystyczny 0,95 Żakowskiego. Zainteresowanych pogłębieniem tematu odsyłam na Search Engine Land do doskonałego wpisu, który popełnił Andy Atkins-Krüger. PS. Scoble pisał też o Tencencie. Wiecie, tym określanym w polskich serwisach mianem szprotki. A że szprotka jak szczupak... PS2. Tytuł nawiązuje do nadbiebrzańskiej góry Skobielewa (skróconej przez lokalsów na Skobla), gdzie dziś są ruiny fortyfikacji carskich. I widokowa wieża- polecam w okresie rozlewisk, czyli na przełomie marca-kwietnia. Takie widoczki
czwartek, 20 maja 2010
Google: ”daliśmy ciała”. Rispekta
"Let me just say: We screwed up. I'm not going to make excuses about this." Tak Siergiej Brin, jeden z dwójki założycieli Google'a mówił na spotkaniu z deweloperami w San Francisco. A mówił tak o aferze tyczącej Street View i danych z WiFi - więcej na Wyborcza.biz Krótko i treściwie. Bez owijania w bawełnę, bez szukania wykrętów. I Google znów mówi ludzkim językiem, takim, jak wtedy, gdy rodziła się potęga spółki. Jest w tym pragmatyzm, ale pragmatyzm inny niż prezentuje szef Google'a Eric Schmidt, który woli filozofować o tym, czego społeczeństwa chcą, a czego nie chcą w kontekście prywatności. Schmidt mówi: ”As a society we haven’t figured out what we want to do with all this new technology and what’s appropriate”. I ma rację - nie wiemy, co widać po aferach na Facebooku, gdzie chcemy, by przebiegały granice. Pragmatyzm Brina jest inny niż drugiego z założycieli Google'a - Larry'ego Page'a, który przypomina, że koncern nie wyrządził nikomu szkody (bo z danych nie korzystał w żaden sposób), a regulatorzy mogliby się skupić na tych, którzy rzeczywiście w sposób bezprawny i świadomy przetwarzają dane osobowe. Brin mówi: daliśmy ciała. I zamyka dyskusję. Google jest pod tym względem spółką nietypową. Prezentującą publicznie trójgłos (Schmidt, Brin, Page) i pokazująca, że wiele decyzji w koncernie jest podejmowanych niejako w rozkroku. Dało się to odczuć najwyraźniej w przypadku Chin - Brin był szczególnie uwrażliwiony na tę kwestię, nie wahał się w wywiadzie dla „Guardiana” określić wyniku współpracy z chińskim reżimem jako „net negative”. Schmidt prezentował pragmatyczne podejście akcjonariuszy i szefa spółki, która wie, że jeśli wyjdzie z największego internetowego rynku świata, ustąpi pola Microsoftowi i Yahoo! Z punktu widzenia biznesowego te moralne rozterki Google'a mogą się wydać naiwne i maksymalnie głupie. W dodatku cyniczne. Ale jest w nich romantyzm. Wyreżyserowany przez sztab PR czy samorodny - who cares?
środa, 19 maja 2010
Co Polacy robią w Google (spoiler)
AKTUALIZACJA: tak, jasne, że to Pacman. Koledzy z wyborcza.biz spłatali mi psikusa i podczas mojego urlopu zalinkowali do blogonotki, którą pisałem dwa dni przed odpaleniem gierki na głównej stronie Google. A zalinkowali, gdy już było wiadomo, że to Pacman. Przepraszam więc za zamieszanie. A gwoli ścisłości: przy Pacmanie grzebał Marcin Wichary, w Google, oględnie mówiąc, zajmujący się projektowanie graficznym. To nawet nie jest wpis pół-serio. W praktyce polscy inżynierowie zatrudnieni w Mountain View, Zurychu czy Krakowie, odpowiadają za prawie każdy odcinek poligonu Google: grzebią w przeglądarce Chrome, w Androidzie, przygotowują zaplecze serwerowo-bazodanowe dla wyszukiwarki, walczą ze spamerami w AdSense, szukają luk w serwisach/produktach etc., etc. Ale wpis nie o tym. Wieść gminna niesie, że w piątek po południu (w okolicach 17) w ramach kolejnego Google-Doodle pojawi się logo współtworzone przez Polaka. Jakie? Nie chcąc spalić frajdy Google'owi, powiem tylko, że:
Blink&wink ;-)
poniedziałek, 03 maja 2010
Google w 3D? Android szykuje się na iPhone
Dopiero co pisałem o Siri - jednym z ostatnich nabytków Apple. Potencjalnie równie ciekawą spółkę połknął właśnie Google. Warto się jej przyjrzeć, by zobaczyć, jak może wyglądać przyszłość systemów operacyjnych. Zwłaszcza w smartfonach. Bump Technologies - bo o ten startup chodzi, nie omieszkał pochwalić się przejęciem na swojej stronie internetowej (wytłuszczenia moje).
Specyficzne, prawda? Nie spotkałem się jeszcze z tak entuzjastyczną zapowiedzią twórców, że ich własny program zostanie wycofany ze sprzedaży i nie będzie rozwijany (przynajmniej w formie publicznie dostępnych aktualizacji). Ale do rzeczy. BumpTop to dzieło Ananda Agarawala, studenta z Toronto. Spółka powstała w 2006 r., z gotowym programem pojawiła się trzy lata później, w kwietniu 2009 r. Google zapłacił za nią ponoć między 25 a 35 mln dol. Co potrafi BumpTop? Gdyby chcieć opisać to jednym zdaniem, najtrafniejszym porównaniem byłaby chyba przemiana pulpitu w... pokój w trzech wymiarach. Piszę pokój nieprzypadkowo, bo ikonki folderów lub plików można przyczepiać niby na ścianach lub rozkładać na podłogach. Można też różne pliki układać w stosiki (studenci w trakcie sesji chyba najdokładniej są w stanie to sobie zwizualizować).
BumpTop był jeszcze obudowany masą widżetów - np. tak, jak przekładamy w Windowsach plik do folderu standardowym drag&drop, tak jeden z widżetów umożliwiał natychmiastową publikację zdjęcia w Facebooku. I działa z technologią multi-touch. Po co BumpTop Google? Pierwsze skojarzenie - Android. Nieprzypadkowo wspomniałem o Apple na początku wpisu, bo to przejęcie to chyba pomysł Google na rywalizację z iPhone'em. BumpTop tchnąłby w Androida nowe życie, na smartfonach korzystanie z pulpitu 3D może być niezłą zabawą. Jeszcze większą zabawą może być na tablecie, a nie wątpię, że w końcu takowy na bazie Androida lub Chrome OS powstanie. Drugie skojarzenie miałem z nową formą przedstawiania wyników wyszukiwania. Ale nie jestem do tej tezy przekonany. PS. Kto chce się BumpTopem jeszcze pobawić, może bezpłatnie program ściągnąć - do końca tygodnia plik powinien być dostępny pod tym linkiem, potem już tylko torrenty.
wtorek, 20 kwietnia 2010
Prywatność, beta oraz zły i dobry wujek Google
Zaczyna się. Prywatność w serwisach internetowych, zwłaszcza społecznościowych, staje się tematem dla światowych inspektorów ds. ochrony danych osobowych. Jak podaje BBC, karcący list do Google w sprawie prawa do prywatności wysłali inspektorzy z 10 państw (Kanada, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Irlandia, Izrael, Holandia, Hiszpania, Włochy, Nowa Zelandia) Poszło o Google Buzz, taki a'la Twitter w Gmailu. O problemie pisał już Grzesiek Marczak na Antyweb.pl.
Sam list to narzędzie polityczne, choć wiele mówiący jest cytat komisarz z Kanady:
Komisarze krytykując Google wyrażają jednocześnie nadzieję, że w przyszłości koncern takich wpadek uniknie, a wyraz "beta" nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Co ciekawe, wczoraj Google ujawnił swoją nową inicjatywę, która - w założeniu - ma zmniejszyć rządową cenzurę w sieci. Poprzez "przejrzystość". Otóż Google zdecydował się ujawnić, które z krajów żądają od koncernu usunięcia danych z należących doń serwisów lub występują o dane osobowe internautów. I jak często. W pierwszej kategorii Polska nie występuje, w drugiej - służby żądały ujawnienia danych w 86 przypadkach. Obraz jest jednak niepełny, bo nie wiemy, jak Google na żądania zareagował (odmówił/przekazał/współpracował częściowo), ani czego dotyczyły żądania (dostępu do poczty Gmail, info dotyczące wyszukiwań etc.)
w obu kategoriach króluje zaś Brazylia - prawdopodobnie ze względu na serwis społecznościowy Orkut, który jest jednym z niewielu osiągnięć Google na polu społecznościówek. Dane na razie dotyczą okresu lipiec-grudzień 2009 r. Google ma publikować dane mniej więcej co pół roku. No i nie wszystkie - link do ograniczeń w rankingu. Specyficznie w rankingu wyglądają Chiny - zamiast liczby, jest znak zapytania. Czyżby to sugestia, że Chińczycy sami usuwali niewygodne treści z serwerów Google ;-)? Wpis aktualizowany: thx gradellanin za uwagę, opt-in wpisywałem z rozpędu, prawdopodobnie myśląć zbitką default-in ;-)
wtorek, 30 marca 2010
Jak Chiny mogą zablokować Facebooka w Kalifornii (i w PL w sumie też)
Podczas gdy uwaga mediów skupiła się na tym, czy skasowanie Google.cn* i przekierowanie użytkowników na uproszczony chiński i serwery w Hong Kongu ma znaczenie polityczne, biznesowe, wizerunkowe (a jeśli tak, to jakie), wydarzyła się nietypowa i ciekawa rzecz w tej "części" sieci, o której najczęściej przeciętny internauta pojęcia nie ma i którą to część ma zapewne w d****. I zapewne słusznie, bo i po co komu wiedza o tablicach routingu czy protokołach BGP. Włączasz, wpisujesz tigi.blox.pl, czy tam fejsbuk.com i... tyle. Ale w środę coś zaszwankowało w systemie DNS. Internautom, wpisującym takie adresy jak facebook.com, youtube.com czy twitter.com (plus jeszcze ok. 20-30 innych witryn), wyświetlał się komunikat informujący, iż dana witryna nie istnieje. Błąd ów ujawnił się przynajmniej w 3 punktach sieciowych w Chile i w jednym w Kalifornii. Okazało się, że jeden z 13 głównych serwerów systemu DNS - opisany literą "I" - z niewyjaśnionego dotąd powodu ruch kierował do... Chin. A tam internauci trafiali w objęcia słynnego chińskiego "The Great Firewall". Przypadek? Czy celowe działanie Chin, eksperymentujących z ruchem w sieci po decyzji Google'a? Zdania w branży DNS-owej są podzielone (polecam tekst na Cnet). A nikt do winy/błędu się nie przyznaje - ani Netnod/Autonomica, operator serwera I, ani Chiny. Nie wiem czy ostatecznie owa "aberracja" zostanie wyjaśniona. Ale to nie pierwszy przypadek, który pokazuje, jak bardzo internet, ten podskórny, opiera się na zaufaniu. Pamiętacie, jak na rozkaz rządowego komitetu w Islamabadzie operator Pakistan Telecom podszył się pod YouTube? Wówczas chodziło o to, by jedynie pakistańscy internauci nie mogli wejść na serwis. Ale kilka błędów spowodowało, że odcięty od YouTube'a na ok. 2h został niemal cały świat. [tam jest dość obrazowy opis, przynajmniej się starałem, porównując z telefonami komórkowymi, jak technicznie wyglądało to podszycie się pod YouTube'a]
Podobną uwagą dzieli się teraz Dan Kaminsky, znany ekspert od bezpieczeństwa systemu DNS.
Czy chiński, a uprzednio pakistański, incydent coś teraz zmieni? Nie wiem. Choć nie sądzę. Politycy USA mogą mieć co prawda ciągoty, by np. zmusić jakoś operatorów serwerów do filtrowania ruchu tak, by nie szedł przez stronę chińską. I by sprawdzać, jakie adresy rozgłaszają "na zewnątrz" serwery zza Wielkiego Muru. Ale skończy się pewnie na dodatkowych filtrach. Ciekawsze jest, że konsekwencje owego tajemniczne "zajumanie" ruchu z Kalifornii do Chin każe spojrzeć z nowego kąta na pojęcie "globalny" w odniesieniu do internetu. Bo to wiecie, hasłowo dobrze brzmi: globalny. Z Pl mogę wejść na strony .tuvalu .chińskie i .tympodobne. Zajrzeć wszędzie. I na odwrót. Ale jeśli gdzieś w tym "wszędzie" są stosowane metody cenzurowania internetu, to incydent pokazuje, że dość łatwo też mogą nas - użytkowników globalnego internetu - narzędzia dotknąć. Siedzisz w Kalifornii i nagle nie masz Facebooka, bo zablokowali go w Iranie. Miałeś Iran w d***e? No to teraz już nie masz. Piszesz bloga o, hmmm, kobietach. Chcesz opublikować kolejny wpis, ale... trafiasz przez serwery w Arabii Saudyjskiej. Pech. Wyobrażacie sobie sytuację, w której mieszkaniec, dajmy na to Holandii, chce wejść na stronę, ale nie może, bo znalazła się ona w niesławnym Rejestrze Stron i Usług Niedozwolonych? Globalny. Na jutro tysiąc razy w zeszycie.
piątek, 26 lutego 2010
Google pod lupą Brukseli, historia zatacza koło
Uwaga do czytelników: to wersja lekko zaktualizowana. AKTUALIZACJA: bo Komisja zdecydowała się właśnie wszcząć formalne postępowanie. List Komisji Europejskiej do Google wzbudził w branży niemałe poruszenie. Podobnie jak informacja o wszczęciu formalnego postępowania. Dotąd Komisja nie przyglądała się aż tak bacznie internetowemu gigantowi, mimo, że w Europie ma znacznie wyższy, bo blisko 90-proc., udział w rynku wyszukiwarek. Nie wiadomo, czy nie czeka nas ciekawszy spektakl niż niemal dziesięcioletnie podchody Brukseli do Microsoftu. Komisja chce bowiem wyjaśnić, jak Google decyduje o tym, która strona jest na pierwszym miejscu, która na piątym, a która na dwudziestym piątym. Czy jest tu miejsce na oszustwo? Czy Google - jak twierdzą skarżące się w Brukseli firmy - tak majstruje przy algorytmie wyszukiwarki, by strony konkurentów spychać w dół listy? Mocno dyskusyjne. Majstruje, to fakt. Choćby broniąc się przed takimi technikami jak farmy linków, Google Bomb, czy doorway. Bo musi. W dużej mierze to na zaufaniu internautów, że pokieruje ich do właściwych witryn, Google zbudował swój sukces. I na tym „naprawczym” majstrowaniu, faktycznie część witryn może ucierpieć. O czym wiedzą też duże polskie portale i serwisy, a czym chwalić się nie lubią. A skargi? Towarzyszą spółce od samego początku. I tu dochodzimy do listu, który mnie skłonił do popełnienia wpisu. „Dosłownie osłupiałem, widząc jak działa wasz system rankingowy” - tak zaczynały się typowe skargi do Google pod koniec lat 90. Jeden z takich listów przytacza w swojej książce „Search” John Battelle. Pozwolę go sobie tutaj obszerniej zacytować:
Słodkie, nieprawdaż? Nie wierzę, by znalazły się dowody na to, że w przypadku brytyjskiej porównywarki cenowej Foundem i francuskiej wyszukiwarki EJustice.fr, Google zmienił coś w algorytmie, by zepchnąć akurat je w dół listy. Co nie znaczy, że Komisja nie powinna się sprawą Google interesować. Nawet jeśli skargi były inspirowane przez Microsoft (dwie z trzech firm są z koncernem jakoś powiązane). Na koniec ciekawostka:
|